niedziela, 6 kwietnia 2014

Odwilż.


Marzec. Wyrzucamy. Zaglądamy do wnętrzności. 
W kanapach znajdujemy setki śliwkowych pestek, przyniesionych przez myszy. 
Kilka pająków. Święte obrazy. Kołowrotek na strychu. 
Dziwne narzędzia o niejasnym przeznaczeniu. 
Przedwojenny stolik. Okrągły stół. Krzesła. Naczynia. 
One wszystkie z nami zostaną, pozostałe muszą odejść.

NIe wiemy co zrobić z niepotrzebnymi rzeczami. 
Dzwonimy do najważniejszego urzędu, pani radzi: może spalić w ognisku?
My, że raczej nie powinno się. Pani się dziwi. Dzwonimy dalej. 
Na kolejnym odnalezionym wysypisku dostajemy numer do pana.
Mieszka pod Międzyrzecem. Załatwi.
Przyjechał. Też sobie kupił domek na lato. Pod Międzyrzecem. Jest gdzie odpocząć. 
Ale, że my z Warszawy właśnie tutaj ??? Z niedowierzaniem rozgląda sie dookoła. 
Potem odwiedza nas z żoną. Przywozi nam 100 złotych. 
Uważa, że należy się mniej, niż ustaliliśmy. Miło.